Afryka nie potrzebuje litości, ale partnerstwa

Miliony młodych, odważnych i przedsiębiorczych mieszkańców Afryki mogłoby tworzyć klasę średnią w swoich krajach. Zamiast tego, płacąc ciężkie pieniądze przemytnikom ludzi, pukają do drzwi Europy, które stoją dla nich otworem, ale za progiem nie ma raju.

 

Drugie w tym roku zgromadzenie parlamentarne Unia Europejska – Afryka odbyło się w Rwandzie. To kraj symboliczny. W 1994 roku prawie milion ludzi padło tutaj ofiarą wojny domowej. Świat stał z boku. Nie zapobiegł ani nie powstrzymał masakry. Zrobił też niewiele, aby podnieść państwo z powojennego chaosu. Rwanda uporała się jednak z demonami przeszłości. Dziś jest to kraj zachwycający nie tylko krajobrazami i zielenią skąpaną w słońcu. Rwanda dobrze poukładała sobie stosunki społeczne i relacje między władzą a obywatelami. Po trudnej historii nadszedł czas ciężkiej pracy i współdziałania. Jak mówią sami Rwandyjczycy – innej drogi nie ma.

 

Praktycznie wszystkie kraje Afryki mają za sobą trudną historię. Bagaż negatywnych doświadczeń powoduje, że ten kontynent nie chce już marnować kolejnych szans. Nie bez przyczyny Czarny Ląd uchodzi za region o olbrzymim, lecz wciąż uśpionym potencjale. Rzadkie surowce, żyzne ziemie, ogromne zasoby siły roboczej to tylko część atutów. Wszystkie światowe potęgi gospodarcze chcą mieć swój udział w budzeniu afrykańskiego lwa. W tym wyścigu uczestniczy też Unia Europejska. Najważniejszym instrumentem współpracy jest Europejski Fundusz Rozwoju. Jego budżet wynosi około 30 mld euro. Uczestnicy listopadowego zgromadzenia UE – Afryka dali zielone światło dla kolejnych przedsięwzięć i inwestycji, cementujących nie tylko relacje gospodarcze, lecz pozwalających także na wykorzystanie unijnych rozwiązań w zakresie poszanowania praw człowieka, poprawiających jakość mechanizmów demokratycznych, wzmacniających wolne media.

 

Unia Europejska z jednej strony coś daje, ale drugą ręką zabiera. Nie było tego tematu w oficjalnych agendach zgromadzenia, ale dominował on w kuluarowych i nieformalnych spotkaniach. Nasi afrykańscy partnerzy nie kryli obaw związanych z unijną polityką migracyjną. Bardzo dobitnie mówił też o tym Moussa Joseph Mara, były premier Mali, podczas tegorocznego Forum Ekonomicznym w Krynicy.

 

Szerokie, masowe i niekontrolowane przyjmowanie migrantów z państw afrykańskich nie jest żadną pomocą dla tego kontynentu. Wręcz odwrotnie. Na ryzykowną, kosztowną i męczącą wyprawę do Europy nie decydują się najsłabsi i bezbronni. Polityka migracyjna w obecnym kształcie drenuje Afrykę z ludzi młodych, przedsiębiorczych i odważnych. Mogliby w swoich krajach budować klasę średnią i stać się motorem pozytywnych zmian społecznych oraz gospodarczych. Zamiast tego pukają do drzwi Europy, które stoją dla nich otworem, ale za progiem nie ma raju. Większość imigrantów nie potrafi albo nie chce się zasymilować. Nie mając innych perspektyw zajmuje się nielegalną działalnością lub żyje na zasiłkach.

 

Unia Europejska, jeśli poważnie traktuje swoje zobowiązania wobec Afryki, powinna zachęcać migrantów do powrotu. Tymczasem dzieje się coś odwrotnego. Dominujące w unijnej przestrzeni publicznej środowiska liberalno-lewicowe domagają się wprowadzenia kategorii „uchodźcy klimatycznego”. Już nie tylko bieda, wojna, przekonania, ale także pogoda stałaby się pretekstem do uzyskania prawa pobytu w Unii Europejskiej. Według niektórych prognoz, do 2050 roku prawie ćwierć miliarda ludzi może skorzysta z tego pretekstu, aby ruszyć na migracyjny szlak.

 

Wielu europejskich przywódców próbuje zneutralizować ideologiczne motywy polityki otwartych drzwi i wskazuje na ekonomiczne korzyści masowego ściągania mieszkańców Afryki. Ich zdaniem, wcześniej czy później asymilacja się powiedzie, a migranci odnajdą swoje miejsce na unijnym rynku pracy. Trudno o bardziej jaskrawy przykład neokolonializmu w czasach globalizacji. Przecież im większe korzyści z migracji odniesie europejska gospodarka, tym większe straty poniesie Afryka. Chyba nie o to nam chodzi? W czasach globalnych wyzwań, świat musi się rozwijać w sposób zrównoważony. Jeśli pójdziemy drogą polaryzacji, czyli wzmacniania mocnych i osłabiania słabych, mogą nas czekać powtórki z Rwandy.

Izabela Kloc,
poseł Parlamentu Europejskiego,
uczestnik Zgromadzenia Parlamentarnego UE-Afryka